Ostatnie wpisy
Zakładki:
1. PLAKATY
2. FILM
3. BLOGI
Tagi
|
środa, 15 maja 2013
"Man of Steel" #2
W tym roku najbardziej czekam na genialnie zapowiadające się Gravity Alfonso Cuaróna, ale jeśli coś może z nim konkurować o moje względy, to jest to tylko i wyłącznie Człowiek ze Stali. Co jest dla mnie o tyle ciekawe, że fanem Supermana nigdy nie byłem (tak, moje serce należy do Batmana, ze szczególnym naciskiem na filmy Tima Burtona oraz serial Batman: The Animated Series), a dotychczasowe produkcje z nim zdecydowanie nie oddawały sprawiedliwości tej postaci i były albo, co najwyżej, sympatyczne (pierwszy i drugi ze śp. Christopherem Reevem), albo słabe lub po prostu złe (pozostałe). Palmę pierwszeństwa dzierżą więc Superman: The Animated Series oraz pełnometrażowy Superman: Doomsday, ale, jakkolwiek świetne, to jednak "tylko" animacje, a my przecież chcemy w końcu zobaczyć pełnokrwisty, prawdziwy film o Człowieku ze Stali, wykorzystujący jak należy tkwiący w tej postaci i związanej z nią mitologią potencjał. W tym miejscu na scenę wkracza Zack Snyder ze swoim Man of Steel i co tu dużo mówić - oczekiwania mam ogromne i już nie mogę doczekać się premiery. Kampania plakatowa filmu wystartowała skromnie i bez większych fajerwerków, ale teaser prezentował Supermana na tyle oryginalnie, w na tyle odmiennej od typowej dla tej postaci stylistyce, że po kolejnych posterach można było spodziewać się czegoś ciekawego. Tym bardziej, że najnowsze kinowe wcielenie Supermana to przecież producenckie dziecko Christophera Nolana, a chyba nie trzeba nikomu przypominać, jak Warner spisał się przy okazji jego filmów o Batmanie, ze szczególnym wskazaniem na kampanię Mrocznego Rycerza. Rzeczywistość niestety nie sprostała ani oczekiwaniom, ani tym bardziej potencjałowi. Postery Człowieka ze Stali wpisują się za to idealnie w kryzys, który dotknął w tym roku hollywoodzkie plakaty. Nie wszystkie, to oczywiste, ale mam wrażenie, że jesteśmy świadkami początków śmierci mainstreamowego plakatu filmowego. Śmierci metaforycznej, bo nie znaczy to oczywiście, że któregoś dnia doczekamy się premiery produkcji za 200 mln dolarów, której nie będzie towarzyszył ani jeden poster. Chodzi o podejście do nich, o traktowanie jako niezbędnego, a zarazem zupełnie nieistotnego elementu kampanii reklamowej filmu. Właśnie z czymś takim mamy tu do czynienia. Zamieszczone tu plakaty Człowieka ze Stali nie zrodziły się z procesu twórczego, nie zostały ani wymyślone, ani tym bardziej przemyślane. Zostały zrobione, czy raczej odbębnione i dokładnie tak wyglądają. To robione w pośpiechu chałtury, bez pomysłu, bez zaangażowania, bez (możliwości zaprezentowania) talentu. Są. Istnieją. Tyle. To mechaniczne, puste, odpychające grafiki, pogłębiające tylko przepaść między światem plakatów oficjalnych, a tych wszystkich niezwykle popularnych, wysmakowanych graficznie i merytorycznie bajecznych artów na poły oficjalnych lub też, uogólniając, fanowskich. Hollywood nie tyle za nimi nie nadąża, co zdaje się w ogóle boomu na nie nie dostrzegać, a przecież plakaty chociażby od Mondo cieszą się takim powodzeniem nie bez powodu. Skoro o trendach mowa, Hollywood samo chce je wyznaczać. Ostatnie dwa lata należały do wszelkiej maści latających odłamków, kawałków gruzu, popiołu, iskier, ogółem wszystkiego, czym można upstrzyć wizerunki bohaterów filmu. Co prawda ta beznadziejna moda jeszcze się nie skończyła, ale już teraz z całą pewnością można powiedzieć, że jej następcą jest mające sprzedać nam wrażenie ruchu (czytaj: zasugerować akcję) rozmycie, czyli nic innego jak motion blur, photoshopowy filtr, którego zastosowanie zajmuje dosłownie kilka sekund. Za dowód, że rozmazanie samo w sobie nie musi być niczym złym niech posłuży plakat Supermana z 1978 roku, który wykorzystał ten efekt, w wersji malowanej, ze świetnym rezultatem. Automatyczny, cyfrowy blur wygląda jednak brzydko, tandetnie i amatorsko, przywodząc na myśl fan arty najgorszego sortu i to te z czasów, gdy obsługa Photoshopa na niezłym poziomie nie była jeszcze tak powszechna, jak dzisiaj i większość roboty załatwiało się właśnie filtrami. Jakby tego było mało, są jeszcze lens flary, które tylko potęgują wrażenie obcowania z amatorszczyzną.
Blur to zresztą najmniejszy problem. Już nawet nie chodzi o to, że poza twarzą Henry'ego Cavilla i, rzecz jasna, tytułem nie ma tu niczego, co pozwoliłoby na jakiekolwiek powiązanie ich z tym konkretnym filmem. Pierwszy Superman mógłby mieć takie plakaty. I drugi. I trzeci, i czwarty, i ten nieszczęsny Returns z 2006 roku też. Znakomity plakat Batman Begins również funkcjonował w całkowitym oderwaniu od fabuły filmu i w niczym nie umniejsza to jego wartości. Najgorsza jest właśnie ta brzydota, brak charakteru i czegokolwiek, co wryłoby się nam w pamięć, a przecież plakat powinien być jednym z narzędzi, za pośrednictwem których film zaistnieje w świadomości potencjalnego widza na dłużej niż tylko na czas kontaktu z nim w Internecie czy na ulicy. Udało się to wspomnianemu Superman Returns, który chociaż też miał bardzo słabe plakaty, to jednak trafił mu się wyjątek w postaci przepięknie uchwyconego herosa. To jest obraz zapadający w pamięć, ba! to jest coś, co pamięta się po latach nawet, gdy film okazał się gniotem. Kolejne grafiki kontynuują zabawę z blurem i flarami, a przy tym Warner wykazał się w ich przypadku pewną bezczelnością, bo tak naprawdę wypuścił trzy razy ten sam plakat. Niech nikogo nie zmylą wariacje w postaci ciemniejszego tła czy gigantycznego symbolu wrzuconego ot tak, żeby był; to jest to samo, a do tego tak samo słabe. Podsumowując, mamy tu Supermana lecącego: na widza, od widza, bokiem do widza (dwa razy) oraz przodem do widza. Jeśli jeszcze tego nie pojęliście, to śpieszę z wyjaśnieniem - tak, Warner potrzebował aż pięciu plakatów informujących nas, że Superman to taki pan, który potrafi latać. W końcu to nie tak, że wiadomo o tym od 1938 roku, prawda? Nie czepiam się oczywiście samego faktu, że to zaakcentowano, dziwne byłoby, gdyby nie, ale dlaczego aż tyle razy? I dlaczego tylko to? Co prawda gdzieś tam po drodze było jeszcze szkaradztwo z Supermanem w kajdankach (flara!), ale plakat to tak nudny i nieatrakcyjny, że bardziej się już nie dało, a przecież przedstawiał całkiem intrygujący motyw. Zastanawiam się wreszcie gdzie są plakaty z innymi bohaterami? Gdzie Amy Adams, gdzie Michael Shannon, gdzie Russell Crowe? Znani aktorzy, istotni bohaterowie filmu, a tu nic, Warner najwyraźniej śpi. Chociaż z drugiej strony... jeśli miałyby to być postery tak oryginalne i odkrywcze jak te z lecącym (x5) Supermanem, to dostalibyśmy Lois Lane siedzącą za biurkiem podczas pisania artykułu oraz papę Kenta jadącego traktorem. Chyba jednak podziękuję.
niedziela, 12 maja 2013
"Oszukane"
Po designersko-hipstersko-warholowsko-kloacznym arcydziele (na salonach szepcze się, że wkrótce znajdzie się w nowojorskim Muzeum Gugenheima, pozostaje jednak kwestia tego, w jakiej roli - jednego z eksponatów, czy podkładki pod mokre wiadro w składziku firmy sprzątającej?) ITI Cinema dalej dzielnie kroczy na czele awangardy nowej estetyki. O ile jednak poprzednim razem pozostający wciąż anonimami autorzy tamtego projektu powinni zachować się zgodnie z przesłaniem głoszonym przez skrót STFU, tak tym razem bardzo, ale to bardzo chciałbym, by zabrał, zabrała, zabrali czy też zabrały głos. Nie ze względu na mogące z tego wyniknąć skutki o charakterze komediowym (no dobra, też), ale zupełnie na serio. Czy ktokolwiek odpowiedzialny za powstanie tego tworu mógłby wyjaśnić mi, jaki kryje się za nim zamysł? O ile w ogóle. Zacznijmy od tego, że mamy tu do czynienia z adaptacją najbardziej sztampowego zaraz po latających głowach plakatowego schematu prosto zza Oceanu, czyli składaka prostokątnych zdjęć. Do jednych filmów to pasuje, do innych w ogóle, ale jego problem tkwi nie tyle w formie (niemiłosiernie nudnej, owszem), ale w doborze samych fotosów. Te tutaj sprawiają wrażenie, jakby zadecydowało o nich sześć różnych osób z których każda zaproponowała jedno, a dodatkowy pomysł na tło dorzucił ktoś, kto akurat przechodził obok komputera przy którym miotała się rzeczona szóstka. Efekt? Taki jak zazwyczaj, czyli powstały plakat mówi wszystko i nic zarazem, reklamując tak naprawdę nie wiadomo co. Z jednej strony mamy drobny, rozgrywający się na środku, na górze dramacik, a z drugiej przystojniaczka, zza którego bije tandetny blask, romantyczne leżakowanie (znowu ten sam koleś? po co?), fotkę bliźniaczek rodem z szafiarskiego bloga tudzież kampanii reklamowej firmy odzieżowej (takiej z niższej półki, żeby nie było wątpliwości) i wreszcie oczojebny tłum w klubie/na koncercie/whatever. Pierwsze skojarzenie? Pomimo kolorków i zaakcentowania czegokolwiek konkretnego tylko na wspomnianym prostokącie z pocieszalskim przytulaniem, od razu pomyślałem o pigułce gwałtu. Jak się jednak okazało, to obraz o bliźniaczkach rozdzielonych w szpitalu. Wywnioskowalibyście to na podstawie plakatu? Nie pytam dlatego, że to konieczne, w końcu pokazać by się tego nie dało (wymagać inteligentnej, zmuszającej do myślenia grafiki przecież od ITI nie będę, nie jestem fantastą), ale wskazuję na dramatyczny rozstrzał między treścią filmu, a formą tego postera i komunikatem, jaki wysyła widzom. Oszukaństwo.
piątek, 19 kwietnia 2013
"Oblivion"
Od czasu gdy Oblivion po raz pierwszy pojawił się na blogu, zdążyłem polubić tamten plakat jeszcze bardziej. Zdecydowanie ma to coś i nie daje o sobie łatwo zapomnieć. W przypadku kolejnego postera, ze znowu zaskakująco marginalnie potraktowanym Cruisem, łatwo o niesprawiedliwą ocenę. Dlaczego? Bo skojarzenie z I Am Legend jest aż nadto oczywiste i zawsze w takich sytuacjach zastanawiam się, czy naprawdę nie dało się tego uniknąć? Jasne, trudno tu mówić o plagiacie, wszak artwork Jestem legendą oryginalnością nie grzeszy, a pomysł na niego jest raczej wątły, a to czyni plakat Oblivion - ups! - dokładnie takim samym... Teoretycznie. Odstawiając na bok nieistotne tak naprawdę podobieństwo do innego (o kilka klas gorszego!) plakatu, zwróćmy raczej uwagę na to, jak spisuje się jako poster czysto ilustracyjny. Perfekcyjna kompozycja, maksymalnie dopieszczone oświetlenie, przepiękna kolorystyka i oszczędność; nic tu nie lata, nic się nie rozmazuje, nie atakuje agresywnymi, graficznymi sztuczkami mającymi na siłę przekonać nas, jak efektowne (i efekciarskie) będzie to kino. Najbardziej godne podziwu jest jednak to, że w czasach, gdy kolejne plakaty straszą coraz to większą dawką plastiku i nieudolności, a ich warstwy wręcz rozłażą się na naszych oczach, Oblivion nie wygląda na grafikę, która swój rodowód ma w komputerze, ale na w pełni realistyczną fotografię. I zdaje się czynić to w niezwykle lekki, pozbawiony wysiłku sposób. Autor? Rzadko się zdarza, ale w tym przypadku znamy go z nazwiska, a jest nim nikt inny jak maestro Photoshopa Tomasz Opasiński. I wszystko jasne. Jeśli czegoś tu brakuje, to charakterystycznych dla prac Opasińskiego formalnych eksperymentów i graficznego pazura, ale to brak zupełnie nieodczuwalny, a wspomniana już oszczędność wyszła mu tylko na dobre. Plakat IMAXowy natychmiast przypomniał mi o grafice Johna Cartera od Mondo, bynajmniej nie z powodu jakiegokolwiek typowego podobieństwa między nimi, ale ze względu na przestrzeń. Nie w sensie "Dużo pustego miejsca, czyli siląca się na artyzm kompozycyjna fanaberia służąca dokładnie niczemu", ale przestrzeń prawdziwą, namacalną, zapierającą dech. Samotna sylwetka Toma Cruise'a zestawiona z zobrazowaną za pomocą chmur pustką całego świata, porażającą i piękną zarazem, robi tu piorunujące wrażenie. Często zwracam uwagę na to, że plakaty filmu X czy Y kompletnie nic o nim nie mówią. Grafiki Obliviona są w tej kwestii bardzo ostrożne, ale dobra ilustracja może nie tylko skutecznie zastąpić informację, ale być nią sama w sobie, a tak właśnie jest w tym przypadku. Poza tym postery filmu Josepha Kosinskiego są niezwykle spójne ze stroną wizualną samego filmu, mam wrażenie że to coś, co jest praktykowane zdecydowanie zbyt rzadko.
poniedziałek, 08 kwietnia 2013
Słówko (jednak nie ostatnie) na temat polakatów* i "Wałęsa" po raz drugi
Nie będę, ani też nie chcę, przypisywać sobie i temu blogowi jakichkolwiek zasług w szerzeniu świadomości na temat tego, jak wygląda obecnie sytuacja plakatu filmowego w Polsce. Wydawało mi się jednak, że na przestrzeni ostatnich lat sporo się w jego postrzeganiu zmieniło, że czegoś się razem nauczyliśmy i dlatego tak bardzo (niemile) zaskoczyły mnie nieliczne, ale jednak pozytywne głosy po premierze pierwszego postera do Wałęsy. Jeszcze bardziej nieliczne, na dobrą sprawę pojedyncze słowa uznania dla drugiego plakatu (o tym paździerzu w dalszej części tekstu) i ogólna refleksja na temat tego, co wyprawiają dystrybutorzy, zaowocowała fochem i zamiarem permanentnego zaprzestania pisania o rodzimych posterach. Nieraz na blogu wspominaliście, że oni robią to specjalnie, że szum, który wywołują kożuchami i innym tego typu crapem jest im wyłącznie na rękę, bo ostatecznie o filmie się mówi, a jak wiadomo nieważne JAK mówią, ale ŻE mówią. Stąd już tylko o krok do, w gruncie rzeczy bardzo smutnej, konstatacji: każda moja notka na temat co bardziej żenującego plakatu filmu X czy Y też jest częścią jego reklamy. Nie chciałbym by ktoś pomyślał, że odkryłem Amerykę. Że doznałem objawienia, a z moich oczu spadły klapki naiwniaka, który nie wie na jakim świecie żyje i jakimi prawami rządzi się reklama. Chodzi o ten moment, w którym w końcu pojawia się pytanie: czy warto? Czy warto się w tym babrać, dawać im satysfakcję i zwracać uwagę na to, na co przecież sami chcą, by uwagę zwrócono? TAK. Zdecydowanie, jednoznacznie, mimo wszystko, ale tak. Dlaczego? Być może kogoś rozczaruję, ale nie zamierzam odpowiadać na to pytanie bo i nie wydaje mi się, bym musiał takiej odpowiedzi udzielać. Dopowiedzcie ją sobie sami, jeśli chcecie, albo nie zastanawiając się nad nią czytajcie dalej. To co dla mnie - i mam nadzieję, że również dla Was - najważniejsze, to że nie odpuszczę i tego będę się trzymać. To co w końcu z tym plakatem? Jak pisałem poprzednio, trailer, a raczej to coś, co reklamowało film, wzbudziło we mnie skojarzenia z postmodernistyczną meta zabawą, pierwszy poster tylko to wrażenie pogłębił, natomiast drugi utwierdził w przekonaniu, że dystrybutor toczy z widzami specyficzną grę. O ile plakat z Więckiewiczem stanowił absurdalną ilustrację do faktu, że aktor gra Lecha Wałęsę i jest do niego jako tako podobny, tak powyższa zabawa w clip arty zawiera... genezę powstania tamtego potworka. Właśnie tak. Przyjrzyjcie się dobrze: za pomocą serii obrazków mających niby przywołać klimat lat 80-tych w rzeczywistości ukazano łańcuch zdarzeń i proces twórczy, w którym narodził się tamten plakat. Dowód? Są cztery, choć ostatni starano się przed nami ukryć. Historia zaczyna się od przesłuchania przez Artystę Plakacistę pewnej kasety. Lombard? Lady Pank? Tego się pewnie nigdy nie dowiemy, ale w pewnym momencie, po kradzieży szynki (artyści są biedni) i ucieczce przed milicją policją pojawia się pierwszy pomysł na plakat: Wałęckiewicz na żółtym tle. Ciepło z koksownika pobudza komórki mózgowe... może jednak ciemny róż będzie lepszy? Po perturbacjach z udziałem min. octu (nie wnikam) osobnik wpada na trzeci pomysł, tym razem z tłem w postaci pięknego błękitu. Tym samym dochodzimy do ostatniego ogniwa w postaci tubki. Pasta do zębów? Niech nikogo nie zmyli ta autocenzura, bo historia nie kończy się myciem zębów, tylko klejowym hajem. Zawroty głowy, kolory przed oczami i BAM! Wszystko staje się jasne. Co prawda ostatecznie tylko dwa tła się załapały, ale i na róż znalazło się miejsce. Nie dla przekombinowania, tak dla twórczego kompromisu! Kim jest wspomniany Artysta Plakacista? A może raczej... kim są Artyści Plakaciści? Nie wiadomo, ale Gazeta.pl powołuje się na nich właśnie w liczbie mnogiej, a oni sami określili swoje dzieło w ten sposób, UWAGA: "Pasowałby zarówno na ścianę Madonny, Allena Ginsberga, jak i Ryana Goslinga. Jest designerski, warholowski, hipsterski, nostalgiczny." Śmieszne? Zapewne wszystko naraz i zapewne gwarantująca pełen komfort pieprzenia podobnych farmazonów anonimowość owych "twórców" odegrała tu niemałą rolę. Zapytana co sądzi o rzekomo nadającym się na jej ścianę plakacie Madonna wyraziła się jasno:
Z Ryanem Goslingiem wolałem nie rozmawiać na ten temat. Jeszcze miałby przy sobie młotek. *polakat - określenie opatentowane przez Mierzwiaka, stanowiące połączenie słów "polski" oraz "plakat. Używane w znaczeniu pejoratywnym.
sobota, 06 kwietnia 2013
Gwyneth, czy może Gwyneck Paltrow?
Całościowo z koszmarną kampanią plakatową Iron Mana 3 rozprawię się już wkrótce, tymczasem... Pamiętacie co się działo z głową Famke Janssen na japońskim posterze X-Men: The Last Stand? Przypomniało mi się o tym jak tylko rzuciłem okiem na Gwyneth Paltrow: Jak pamiętamy, postać Pepper Potts nie jest mutantem, nie przypominam też sobie, żeby była żywym trupem czy ofiarą opętania, zatem co ma oznaczać ten miks Ze śmiercią jej do twarzy, Egzorcysty, a może nawet i Siedem, skoro już jesteśmy przy głowie Gwyneth Paltrow? Przy tworzeniu efektów specjalnych czy też filmów pokroju Ratatouille, animatorzy często przeglądają się w lustrze i obserwując własną mimikę pomagają sobie w pracy. Nie rozumiem dlaczego twórcy plakatów nie są w stanie zrobić tego samego. Ja tak zrobiłem, stanąłem przed lustrem i choćbym nie wiem jak bardzo wykręcał głowę (ała!), to nie ma takiej możliwości, by kierunek, który wskazuje moja broda przecinał w ten sposób linię wyznaczaną przez barki. Nie da się i tyle, no ale od czego jest Photoshop? Yay!
piątek, 05 kwietnia 2013
"The Wolverine" #2
Pamiętacie padakę pt. X-Men Origins: Wolverine? Tak, ja też chciałbym o niej zapomnieć, ale pewne przeżycia, szczególnie tak traumatyczne jak to, niestety zostają z nami na dłużej. Rosomak miał wtedy potwornego pecha, również jeśli chodzi o postery, choć te akurat były o klasę lepsze od filmu. Jeśli zapomnieliście już, czym nas wtedy uraczono, już przypominam: przejawem wyjątkowego lenistwa, nudziarstwem (podwójnym!) à la "stacze plakatowi" oraz krzykiem na łące, który od 4 lat pozostaje jedną z największych nierozwiązanych zagadek plakatowego Archiwum X. Bardzo chciałbym napisać, że w przypadku The Wolverine (w tym miejscu muszę sparafrazować słynny dialog z The Social Network: "Drop the 'The.' Just 'Wolverine.' It's cleaner.") jest lepiej. Bo może/w sumie/na upartego/niby jest, ale tak naprawdę to tylko wybór mniejszego zła. Klęczący w deszczu Wolverine coś Wam przypomina? Może Spider-Mana 3? Jeśli tak, to podążacie właściwym tropem, ale podobieństwo do lepszego o kilka klas plakatu to zaledwie część problemu. Rosomak padł ofiarą epidemii, która opanowała hollywoodzkie postery i która to epidemia przyczyniła się do tego, że 2013 jest jak na razie najgorszym rokiem ever jeśli chodzi o mainstreamowy plakat filmowy. Wtórność. Nijakość. Nuda. Plastik. Tony plastiku, potwornej sztuczności i ogólnego przefotoszopowania. Zakładając, że za podstawę posłużyło tu faktycznie zdjęcie Hugh Jackmana, to dawno przekroczono granicę, za którą przestało ono przypominać fotografię, a stało się pozbawioną grama realizmu cyfrowym malowidłem, czy nawet renderem prosto z intra do gry opartej na filmie. Nie wierzę ani w klęczącego herosa, ani w paskudne tło udające nocne (?) niebo, ani w miasto, a już na pewno nie w ten cyfrowy deszczyk. Wyobrażam sobie dumę, jaka ogarnęła autora pomysłu z oddziałem ninja, którzy są na plakacie, ale ich nie ma. W końcu to ninja. Efekt końcowy jest jednak absurdalny i niezamierzenie śmieszny. Czy widać tych ninja, czy nie (pozdrawiam wszystkich z niewłaściwymi ustawieniami jasności i kontrastu w monitorach), Wolverine i tak wygląda, jakby amputowano mu dolną połowę ciała. Wszak nic tak nie zachęca do pójścia na film z ulubionym komiksowym herosem, jak jego zawieszony w powietrzu, wściekły tułów, prawda? Bohater z bronią? Jest. O ile drugi plakat spokojnie ujdzie w tłoku nadających się do dogorywania na ulotkach chałtur, tak ten pierwszy każe na poważnie zastanowić się, jak przebiega proces twórczy i decyzyjny w agencjach reklamowych. Czy ktoś tam w ogóle panuje nad treścią posterów? Czy może tego typu kwiatki wyłaniane są na podstawie, o zgrozo, badań grup fokusowych? Wyobrażam sobie nawet, że ostatecznie taki plakat to miks wszystkiego i dla wszystkich, co wyjaśniałoby ten bezsensowny bałagan, w którym nic do siebie nie pasuje. Co my tu mamy? Noc i dzień (niebo!) jednocześnie. Bohater znajduje się na głównej ulicy miasta, na której z jakiegoś powodu są... schody. (uwaga na zawieszenie) Roznegliżowany Wolverine w akcie rozpaczy padł na kolana i wrzeszczy ile sił w gardle. Krzyczy dlatego, że to meta plakat, a on sam jest świadomy, na jak fatalnej grafice się znalazł, czy może za bardzo kombinuję i po prostu tak wyraża swój protest przeciwko fatalnemu stanowi asfaltu w japońskich miastach? Śmiać się czy płakać?
wtorek, 02 kwietnia 2013
Plakatowo #19
1) Beasts of the Southern Wild oraz 2) Django Unchained Richa Kelly'ego
niedziela, 24 lutego 2013
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||